Małe Be, lat pięć. Zabawa z tatą w rycerzy.
Po zażartej wymianie ciosów Duże Be przyjmuje sztych prosto w serce.
Z gardłowym więc charkotem zwala się na kolana. Z trudem łapiąc oddech i obficie brocząc wyimaginowaną krwią, daje następnie popis aktorstwa na światowym poziomie.
Jeszcze kilka jęków. Jeszcze kilka stęków. Jeszcze kilka grymasów i wreszcie w przód zwala się ciężko, by z żałosnym "o ja cię..." na ustach wyzionąć ducha w najpiękniejszym rycerskim stylu.
Później, jak zwykle, Dwaj Be zafundowali sobie powtórkę z rozrywki i tym razem to ojciec podstępnym ciosem wtopił ostrze pod żebro syna.
A potomek nic.
Ani stęknie, ani jęknie, ani się nie obali, ani mu nawet grymas najmniejszy przez usta nie przebiegnie. No nic totalnie.
- Czemuż to - strofuje synowca Duże Be - po ciosie tak zabójczym nic absolutnie nie robisz? Czemu na ziemię nie padasz, nie stękasz, nie jękasz i nie krwawisz obficie? Widziałeś jak tatuś się starał? Dlaczego nie robisz jak tatuś?
- Bo ja jestem dzielniejszym rycerzem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz