30 paź 2012

Dzieńbe

Zadanie domowe: Opisz swój dzień. Z lekka podrasowany:

"To był dzień, kiedy po podstawówce od razu leciałem do muzycznej - czwartek. I rzeczywiście. Po szkole odebrała mnie tym razem babcia (to dziwne, bo w tym dniu miała mnie odebrać mama) i w dwójkę spieszyliśmy na tramwaj. W drodze opowiadałem babci to i owo, co działo się tego dnia w szkole. Babcia jak zwykle mnie pochwaliła. Nie wiem, co ona ma z tym pochwalaniem, bo tego dnia zostałem wysłany po kredę i namoczenie gąbki: zamiast kredy przyniosłem ślimaka, a zamiast wrócić z mokrą gąbką, wróciłem z suchą gąbką i mokrą głową. 
Kiedy wsiedliśmy do tramwaju (a był to Tramino), okazało się, że nie ma wolnych miejsc - wiecie, jak długo tam się jedzie? Pół godziny! - no i przez te pół godziny musieliśmy stać. Po wyjściu okazało się, że nogi zdrętwiały mi tak bardzo, że nie mogłem się ruszyć i babcia musiała mi rozruszać stopy. Kiedy wreszcie babcia i ja doszliśmy do szkoły muzycznej, czekała nas niespodzianka: pani Danusi nie było! Zacząłem tańczyć na stoliku wesoły, że pani ma godzinowe spóźnienie. Zacząłem błagać babcię o kasę do automatu, ale babcia w odpowiedzi dała mi zamiast złotówki klapsa. Nie wiem, co jest z tą babcią - może ma alergię? 
Niestety - pani przyszła wcześniej, chociaż wszystko wskazywało na to, że pani nie przyjdzie. A więc babcia sobie poszła, a mnie zabrała pani. Ćwiczyłem gamy, za co na ostatniej lekcji dostałem tróję, ale tego dnia dostałem szóstkę! Sonatina c-dur wyszła mi wspaniale, gama g-dur rozbieżna - też. Pod koniec lekcji zupełnie zapomniałem, że czeka mnie jeszcze RYTMIKA! Od razu po lekacjach popędziłem jak torpeda do sali obok. Tam się przebrałem. Kiedy pani zagrała na znak wejścia do klasy, weszliśmy wszyscy w piątkę (w składzie był Jasiu, Jeremi, Kuba, Natalka (najmłodsza) i ja). Na dzisiejszych zajęciach uczyliśmy się pauz szesnastkowych. Potem była tonika i inne ważne dźwięki w gamie oraz trójdźwięk zasadniczy, pierwszy i drugi. Na przerwie Jeremi wymyślił super zabawę - butohokej. Ta zabawa polegała na tym, że braliśmy swoje plecaki, jeden z butów i popychaliśmy plecakami but tak, żeby strzelić bramkę, która znajdowała się pod ławką. Po przerwie czekała mnie kolejna niespodzianka - były same zabawy! Bawiliśmy się akurat w moje ulubione zabawy: w kucharza, w marchewki, w dentystę, w morze i plażę, w zające, w wiewiórki... Bawiłem się tak przez pół godziny. W końcu po lekcjach odebrała mnie mama i tu kolejna frajda - mama kupiła mi supernową, błyszczącą KULĘ LUSTRZANĄ. Od razu, kiedy wróciłem do domu, powiesiłem ją na suficie i ona wisi tam do dziś. To był wspaniały dzień, prawda?"

25 paź 2012

Prędkość światła

Be, w drodze powrotnej ze szkoły, strzela pytaniami jak z kałasza. Dziś poległam na:

- Mamo, a w jakim czasie prędkość światła obiega ziemię?

24 paź 2012

Be poślubne

Dziś Małe Be się ożeniło. Ślub planowano od dawna: środa, duża przerwa. Kapłan pod postacią Zuzy wykonał z plasteliny obrączki, przygotował zaproszenia oraz poprowadził ceremonię. Publiczność - zgodnie z relacją Be - dopisała. Przewaga dziewczyn ale:

- Było też dwóch chłopaków. Miłosz popatrzył, popatrzył i poszedł, a Stachu powiedział Zuzi, że upadła na głowę. No i Zuza się rozpłakała. Ale myślę, że to też ze wzruszenia, bo to był piękny ślub!

- A na czym polegało zawarcie małżeństwa? 

- Mogliśmy się z Helą pocałować w usta. 
...Ale wiesz, mamo, po ślubie to wszystko się zmienia. Zaraz przyszła pani i powiedziała, że mamy zakaz całowania. A przed ślubem zakazu nie było!

19 paź 2012

Za pas

Wpadliśmy wieczornie w pościel; w sen niekoniecznie. Małe z rozmachem planuje sobotę. Pływalnia, playstation, rower, pizza, spis urodzinowych konkursów, gra w butelkę (ostatnio mocno na topie). Dla pewności uprzedzam:

- Niestety nie ma mnie jutro, Be. Siedzę od rana do wieczora na uczelni.

- No coś ty! I co teraz? Muszę się z tobą mocno zaprzytulić!



17 paź 2012

Penisiaki

Z cyklu "Rozmowy po zmierzchu" tym razem na tapecie siusiaki i oprzyrządowanie żeńskie. Przeciekawe rozmowy się toczą, w końcu mówię:

- Wiesz, Be, jest inna, taka bardziej dorosła nazwa na siusiaka: penis.

- O, super! Od dziś będę się chodził wypenisać.


Przeszł

Be rzuca mi na kolana niebieską kartkę i z dumą ogłasza:

- Dostałem piątkę za scenkę!

Czytam:

"Zuza: - Moja mama jest psem na esemesy. W ogule nie ma dla mnie czasu. Pomożesz mi jakoś? Be: - Całuj psa w nos! Z moją mamą jest tak samo! Kiedy próbuję ją odciągnąć od komórki, zaczyna wieszać na mnie psy. Zuza: - Oj Be, my to mamy pieskie życie!..."

Robi się gorąco.

- Jest jeszcze druga piątka za opis psa. I trzecia: za kalendarz pogody. No i plusik z zachowania na angielskim.

Stan przedzawałowy. Plusik z ZACHOWANIA?!

- A, i czwórka z dyktanda. Mamo, dziś przeszłem sam siebie!

Uf.

9 paź 2012

Razy dziesięć

Odbieram Be ze szkoły.

- Jak było? - pytam.

- Super! Żadnych uwag, cztery plus za pracę o warstwach lasu i... - tu Małe zawiesza głos - dziesięć pocałunków w policzek Heli.*

- O rany. Nie za dużo? - pytam, bo nie wiem właściwie jak skomentować.

- Ech, mamo. Wiedziałem, że jestem romantyczny...
Ale nie sądziłem, że aż tak!


          *Pamiętacie Helę? Już w zerówce Be napisał jej taką oto walentynkę: "Chociaż jesteś jeszcze dzieckiem, to kiedy dorośniesz, masz pamiętać, że cię kocham i miłuję z całego serca!"

Ptaszku

- Mamo, czemu czasem mówisz do mnie "ptaszku"?

- Nie wiem. A jak mam mówić?

- Może "prezes"? - nieśmiało proponuje Be.

Dławię się ze śmiechu, czym najwyraźniej gaszę prezesa.

- No dobra, może być "sedes".

3 paź 2012

Jestę listkię

Małe Be zamknęło się dziś w pokoju na cały wieczór. Po czasie, dumne i podejrzanie milczące, wyrosło przy naszej kanapie. Uroczyście trzymając zeszyt od polskiego zapytało:

- Mogę wam przeczytać swoje opowiadanie o listku?

No to jedziemy (pisownia oryginalna):

"Mojego pierwszego dnia na drzewie byłem sam. Zupełnie sam. Nie miałem przyjaciół, bo inni jeszcze nie wyrośli. Zobaczyłem jednak, że koło mnie wisiał inny listek. Gdy dobrze się poznaliśmy, zobaczyliśmy, że na innych drzewach również wisi masa listków. Pomyślałem: "hmmm... może my też będziemy mieli tyle kolegów!". Z upływem czasu było nas coraz więcej. Wszyscy chcieli zostać na drzewie. Ja rownież. Było mi tam wesoło. Jednak po pięciu dniach zrobiło się trochę nudno. Moi koledzy ciągle gadali o tym samym. A ja? Ja tylko wisiałem. Mój najlepszy kolega (ten, którego poznałem pierwszego) zapytał mnie, o co chodzi, a ja mu powiedziałem. Gdy spytał mnie, dlaczego, nie odpowiedziałem. Po dwóch miesiącach nastała jesień. Kolega znowu spytał mnie dlaczego. Nie mogłem wytrzymać i mu to powiedziałem. Powiedziałem mu, że chcę się wybrać poza drzewo. W tym samym momencie zawiał silny wiatr. Inne listki trzymały się bardzo mocno, ale ja byłem ciekawy, co się dzieje poza naszym drzewem i pomimo protestów listków... puściłem się. Najpierw trochę się bałem, ale po minucie okazało się, że to "podróżowanie" było całkiem fajne. Widziałem cały mój dom. Okazało się, że przez cały czas wisiałem na dębie w parku. Gdy przeleciałem nad parkiem, zobaczyłem coś jeszcze lepszego! Ujrzalem Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, potem zobaczyłem muzeum powstania Warszawskiego, masę bloków i domów. Widziałem też basen, gdzie dzieci ćwiczyły skoki. Byłem ciekawy, co się tam dzieje i czym prędzej zleciałem na dół. Kiedy na basen wchodziła jakaś pani, wsunołem się razem z nią. Nagle w pobliżu kasy zobaczyłem chłopca. Zobaczył mnie, i zaczoł mną szurać i kopać. Bardzo mnie to bolało, ale tym sposobem doprowadził mnie do szatni. W szatni - jak to w szatni: są szafki, przebieralnie..., no i prysznice. Nie cierpiałem prysznicy, ale to była moja jedyna droga na basen. Próbowałem się nie zamoczyć, ale mi się to nie udało. Po wejściu na basen byłem przemoczony do suchej nitki. Gdy wszedłem na basen i zobaczyłem, że dzieci jóż nie było, próbowałem wydostać się teraz z basenu. Tylko, że nie wiedziałem którędy. I nagle przyszła mi do głowy świetna myśl! A pomysł miałem taki, że wydostanę się przez otwarte okno. Tylko że nie było otwartego okna, więc spróbowałem jakoś wrócić do punktu wyjścia. Okazało się, że droga była dwa razy trudniejsza, bo dzieci właśnie się przebierały. Starałem się tak manewrować, żeby nikt mnie nie nadepnoł aż tu nagle - jak na złość - znów zjawił się ten chłopoak! Kopał mnie tak długo, że dokopał mnie aż do ubikajcji, która jest tak daleko od punktu wyjścia jak trzy razy tyle jak od klasy do basenu. No i miałem przedłużoną drogę. Kiedy w końcu doszedłem do drzwi, wiatr zaczoł wiać dla odmiany w drugą stronę i porwał mnie. Tym razem wiatr był tak porywisty, że poszybowałem w górę. Leciałem coraz wyżej i wyżej. Wszystkie bloki i domy stawały się coraz mniejsze. Wreszcie doleciałem tak wysoko, gdzie latają samoloty, i przypadkowo jeden z samolotów zabrał mnie na swoim skrzydle. Siedziałem sobie na skrzydle i nie wiedziałem gdzie polecę. Może do Francji? Albo do Chorwacji? Nagle jakaś klapka w skszydle się otworzyła, i wpadłem do środka. Zobaczyłem tam masę procesorów i trybikow. Starałem się niczego nie uszkodzić. Po długiej wędrówce przez skrzydło samolotu przebiłem się między wentylatory, przeszedłem las kabli, przecisnołem się przez wywietrznik, i okazało się, że dotarłem do wnętrza pokładu samolotowego. Nie wiedziałem, gdzie się znajduję, ale było tam fajnie. Była masa foteli i ludzi w nich siedzących. Jednak ta cała podróż była męcząca. Aż tu nagle... usłyszałem znajomy szelest. No tak! To był mój najlepszy przyjaciel. Poleciał mnie szukać, a ja nawet o tym nie wiedziałem! Wleciał do samolotu jeszcze przed uruchomieniem, ale nie wiedział, gdzie jest wyjście. Ja mu przy tym pomogłem. Znów znaleźliśmy się na skrzydle. Trochę bałem się skoczyć, ale w końcu byłem liściem, a takie liście jak ja umieją wolno opadać, a więc skoczyliśmy razem w dwójkę. Tak się fajnie złożyło, że spadlismy na ścieżkę naszego parku. A inne listki? One też jóż leżały na ścieżce. Wszyscy byliśmy szcześliwi że możemy znowu być razem. I tak zaczeliśmy nowe życie.
KONIEC!"

Moja rodzina

Przeglądam zeszyt i co widzę?

"Moja rodzina jest niewielka, składa się tylko z trzech osób, ale jest w niej wesoło. Moja mama ma na imię Agnieszka. Jest ciepła, miła, ale przede wszystkim kochana. Tata ma na imię Be (tak samo jak ja!). Lubi grać w planszówki, biegać, jeździć ze mną na rolkach, a nawet robić ze mną lekcje muzyki. W mojej rodzinie czuję się szczęśliwy."


...

Połowa plusa

- Dziś dostałem połowę plusa z angielskiego! - radośnie oznajmia Be.

- Czyli, mówiąc dokładniej, minus? - raczej nie mam złudzeń.

- Nie, nie, nie! Na cały plus było za mało, więc pani dała mi połowę.


1 paź 2012

Recykling

Weekendowy spacerek. Mijamy wielką, szklaną górę z potłuczonego szkła. To skłania Be do rozważań na temat recyklingu. Dziecię zafascynowane - przetwarzać można wszystko:

- I książki, i szkło, i papierki po cukierkach, a nawet papier toaletowy!

- Papier toaletowy może być efektem recyklingu. Ale na tym koniec - mówię. - Zużytego nie przetworzysz.

- Wcale nie - upiera się Be. - Możesz go wykorzystać do łapania much!

- To znaczy?

- Możesz porozkładać po domu te zużyte papiery, pozawieszać na suficie.
Muchy na pewno na to polecą!