Be eksmitowane na zewnątrz. Cierpiące bardzo, bo zamiast grać na konsoli, oglądać Artura, co ratuje święta, czy kolejne odcinki "Pory na przygodę", ma ulepić bałwana. Lub zrobić z sobą cokolwiek. Śnieg zdecydowanie po stronie Be - w ogóle się nie klei. Stoi więc dziecię na dworze, sznurek od sanek smętnie zwisa z piąstki. Biedne dziecko; matka wygonili na ziąb.
Zerkam ukradkiem zza książki - małe drepce robiąc coraz śmielsze zawijasy, jest nadzieja. W końcu znika z pola widzenia; wgryzam się więc w "Psychologię Kliniczną". Po chwili łomot w szybę:
- Mamo, mamo, przyjdź koniecznie! Chcesz się poczuć jak łyżka w zupie?
I znów przegrałam. Za to przez godzinę poczułam się nie tylko jak łyżka w zupie (łyżką można poczuć się na zakręconej i ośnieżonej huśtawce); poczułam się jak Be. Było fantastycznie!
4 komentarze:
nie ma rymow, jest POEZJA
:-)
pozdrawiam
A
podoba mi się : wdech i wydech
Czytasz uważnie, Gosiu. I pewnie na dwa blogi. ;)
Dziękuję.
(Przepraszam, przez przypadek skasowałam twój uśmiechnięty komentarz)
Prześlij komentarz