16 cze 2012

Banan

Nadejszła wiekopomna chwila, Małe samo poszło do sklepu - hen, za góry, za lasy i niepytajciemniedlaczego dopiero teraz.
Dojście do sklepu zajmuje jakieś 15 minut, czas start. Po pięciu minutach pater wymiękł i ruszył autem, by filować pod sklepem. Jako że przyroda w okolicy marketu uboga, auto zostało zamaskowane za siedmioma domami, siedmioma blokami, a sam ojciec wtopił się we florę kwiaciarnianego vis à vis.

Jest! Idzie! Do sklepu nawet wchodzi!

Wychodzi. Siatkę ma. Wodę, bakusia i drożdże babuni ma.

Pater w galop, bo auto daleko. Wio do domu, na kanapę - że niby nic, nuda, ziew, zlew.

Mija minut 20, małego niet. Pater ponownie w aucie. Be znalezione na rogu gdzieś tam, po drodze i w drodze. Zdziwione, bo przecież idzie. A wolno idzie, bo wodę ma, bakusia ma i drożdze babuni.

Rano pytam:

- I jak było?

- Banan - mówi Be.

- Jaki banan? Kupiłeś banana?

- Nie no, banan, banan. Znaczy banał.


No i mam banana na twarzy.
Znaczy w tym i tamtym sensie. :)

4 komentarze:

~M pisze...

15 minut do sklepu? Brzmi jak wielkomiejska "sypialnia" :D

Izzz wstrząśnięta-niezmieszana pisze...

zaczynam czytać na głos, mojemu Onemu, początek tego posta, a On natychmiast przerywa i (z bananem na twarzy :)) mówi: "nie musisz kończyć, bo wystarczy, że tylko powiesz MAŁE BE, a ja już się uśmiecham" :)) przyjemnego upalnego weekendowania!

ewa pisze...

Uch, to pierwszy chrzest za Tobą. Nadejszedł nowy etap - czekanie . Banan :)

Duszyczka pisze...

czysta radosc dumnego rodzica z dzielnego dziecka ;-) pozdrawiam i milego dnia zycze :)