Nadejszła wiekopomna chwila, Małe samo poszło do sklepu - hen, za góry, za lasy i niepytajciemniedlaczego dopiero teraz.
Dojście do sklepu zajmuje jakieś 15 minut, czas start. Po pięciu minutach pater wymiękł i ruszył autem, by filować pod sklepem. Jako że przyroda w okolicy marketu uboga, auto zostało zamaskowane za siedmioma domami, siedmioma blokami, a sam ojciec wtopił się we florę kwiaciarnianego vis à vis.
Jest! Idzie! Do sklepu nawet wchodzi!
Wychodzi. Siatkę ma. Wodę, bakusia i drożdże babuni ma.
Pater w galop, bo auto daleko. Wio do domu, na kanapę - że niby nic, nuda, ziew, zlew.
Mija minut 20, małego niet. Pater ponownie w aucie. Be znalezione na rogu gdzieś tam, po drodze i w drodze. Zdziwione, bo przecież idzie. A wolno idzie, bo wodę ma, bakusia ma i drożdze babuni.
Rano pytam:
- I jak było?
- Banan - mówi Be.
- Jaki banan? Kupiłeś banana?
- Nie no, banan, banan. Znaczy banał.
No i mam banana na twarzy.
Znaczy w tym i tamtym sensie. :)
4 komentarze:
15 minut do sklepu? Brzmi jak wielkomiejska "sypialnia" :D
zaczynam czytać na głos, mojemu Onemu, początek tego posta, a On natychmiast przerywa i (z bananem na twarzy :)) mówi: "nie musisz kończyć, bo wystarczy, że tylko powiesz MAŁE BE, a ja już się uśmiecham" :)) przyjemnego upalnego weekendowania!
Uch, to pierwszy chrzest za Tobą. Nadejszedł nowy etap - czekanie . Banan :)
czysta radosc dumnego rodzica z dzielnego dziecka ;-) pozdrawiam i milego dnia zycze :)
Prześlij komentarz