13 maj 2014

Lasagne

Małe Be lubi opowieść o moich początkach w kuchni. Szczególnie upodobało sobie historię o lasagne. Otóż zakupiłam odpowiednie makaronowe płytki, wlałam wodę do garnka-giganta i czekałam aż kartki makaronu się ugotują. Efekt? Pozlepiane i niejadalne płytki; właściwie makaronowa deska do krojenia.

Dawno nie było lasagne - przypomniałam sobie, gdy z szafki wypadło pudełko. Zatem podsmażone mięso mielone z pomidorami i cebulką plus dużo żółtego sera. Poukładać warstwami i wio do piekarnika.

Po 30-u minutach zonk. Płytki twarde jak kamień. O co chodzi?

- A zrobiłaś sos beszamelowy? - uprzejmie pyta padre.

- Sos, no jasne!...

Dziecię próbuje pocieszać:

- Nie martw się, mamo. I tak uważam, że polepszyłaś się w tym pogarszaniu.

2 komentarze:

Julia N pisze...

Mimo, że blogów w internecie bez liku zawsze pamiętam o tym i zaglądam co wesołego!:)
ps.sposób na lasagne bez gotowania: duuużo sosu! pozdrawiam:)

Unknown pisze...

Doświadczenie czyni mistrza , próbuj , próbuj. Moje lasagne też nie jest "mistrzowskie" - pocieszam ...