Małe Be lubi opowieść o moich początkach w kuchni. Szczególnie upodobało sobie historię o lasagne. Otóż zakupiłam odpowiednie makaronowe płytki, wlałam wodę do garnka-giganta i czekałam aż kartki makaronu się ugotują. Efekt? Pozlepiane i niejadalne płytki; właściwie makaronowa deska do krojenia.
Dawno nie było lasagne - przypomniałam sobie, gdy z szafki wypadło pudełko. Zatem podsmażone mięso mielone z pomidorami i cebulką plus dużo żółtego sera. Poukładać warstwami i wio do piekarnika.
Po 30-u minutach zonk. Płytki twarde jak kamień. O co chodzi?
- A zrobiłaś sos beszamelowy? - uprzejmie pyta padre.
- Sos, no jasne!...
Dziecię próbuje pocieszać:
- Nie martw się, mamo. I tak uważam, że polepszyłaś się w tym pogarszaniu.
2 komentarze:
Mimo, że blogów w internecie bez liku zawsze pamiętam o tym i zaglądam co wesołego!:)
ps.sposób na lasagne bez gotowania: duuużo sosu! pozdrawiam:)
Doświadczenie czyni mistrza , próbuj , próbuj. Moje lasagne też nie jest "mistrzowskie" - pocieszam ...
Prześlij komentarz